środa, 18 września 2013

Przywitanie + moja skrócona historia ;)


Cześć wszystkim!

Jestem tu nowa. Chciałabym na tym oto blogu opisywać Wam moją walkę z prześladującym mnie trądzikiem oraz moją nadzieję i przygodę z Izotekiem. Będzie również trochę o mnie oraz moim aktualnym żywieniu. 
Zapraszam tu wszystkich zainteresowanych tematem, a co najważniejsze proszę o wyrozumiałość odnośnie moich wpisów.Nie czepiać się stylu pisania, przecinków itd ;)

A propo Izoteku...
...mam wielkie obawy w związku z stosowaniem tak silnego leku, ale w tym momencie nie mam już nic do stracenia. Trądzik już mnie dobija. W tym momencie wysypy są  non toper. Nie ma dnia bez niespodzianki. Najgorsze są te podskórne ropne, które bez obduszania potrafią siedzieć nawet i miesiąc. Niespodzianki co jakiś czas pojawiają się na dekoldzie i przy linii włosów. Pory są widoczne, ale w granicach rozsądku, ponieważ często oczyszczam chociażby nos plasterkami sama w domuJ twarz ciągle się błyszczy. W tym momencie najbardziej zaatakowaną mam brodę, ale i policzki dają w kość ropniakami… Najlepiej sytuacja wygląda z nosem, oj bardzo rzadko coś mi na nim wyłazi. Chociaż jakiś plus :)

Teraz w skrócie o moim leczeniu na przestrzeni lat…

Moją walkę z trądzikiem zaczęłam już w wieku tzw. młodzieńczym, dokładniej ok 16 roku życia. Początkowo nie były to duże zmiany trądzikowe, pojedynczo wyskoczył jakiś pryszcz thats all. W tym czasie stosowałam zewnętrzne środki przeciwtrądzikowe oczywiście przepisane przez dermatologa min. benzacne, niestety trochę przesadziłam z maścią i poparzyłam sobie twarz – na moje szczęście buzia wróciła całkowicie do normy po paru dniach. Później kolejne maści, kremy, żele, toniki. Pomagały na trochę, ale później problem wracał.
Z biegiem czasu osiągnąwszy wiek 19 lat i będąc na wizycie z moim tatą u dermatologa (który swego czasu często chodził), ten stwierdził, że córeczka wdała się w tatusia i ma trądzik różowaty. Szczerze załamało mnie to, ale jak wiadomo lekarzom się zazwyczaj ufa, więc przyjęłam to na klatę i podjęłam się kuracji antybiotykami, początkowo była tetracyklina + rozex. Teraz z biegiem czasu zastanawiam się czy ów Pan doktor stwierdził ten tr. różowaty tylko i wyłącznie ze względu na wygląd twarzy mojego taty oraz po moich zaróżowionych policzkach i kilku pryszczach tu i ówdzie (?). Do tej pory nie rozumiem podejścia niektórych dermatologów do sprawy związanej z trądzikiem:/ Fakt faktem tetracyklina pomogła! Pół roczne leczenie dało efekty i kolejne pół roku miałam spokój. Niestety trądzik znowu powrócił i kolejna półroczna terapia. Po trzech latach branie tetracykliny już nie pomagało tak jak na początku…
Zmiana dermatologa zaowocowała kolejnym stwierdzeniem, że to różowaty i przepisaniem następnego antybiotyku, tym razem tetralysal + rozex + Wit. PP + krem z vit.c (marki SVR, ale nie pamietam już nazwy dokładnej).  Po kuracju tym specyfikiem, którym leczyłam się ok. 2  lat, było leczenie kwasem chyba yellow peel, a poźniej laserem IPL, oczywiście u tej samej dermatolożki. Tu efekty utrzymały się zdecydowanie dłużej. Zabieg sporo mnie kosztował (IPL), a pani C. sporo na mnie zarobiła, ale jak sobie pomyślę to nie żałuję. Naprawdę długi czas był spokój.;)
Ciąża (miałam 25lat)na nowo pokazała problem. Wysypana byłam masakrycznie. Makijaż nic nie pomagał. Nie mogłam stosować żadnych środków doustnych, a kremidła-mazidła same delikatniutkie. Koszmar. Parę osób, w tym mój mąż, próbowało mnie pocieszać, ale ja i tak widziałam whats going on.
Po porodzie i karmieniu piersia – co praktykowałam tylko przez ok. 2miesiące – wybrałam się do kolejnego dermatologa. Miejscowego. W mieście, gdzie mieszkam obecnie. To był dopiero hardcore. „Oczywiście bez dwóch zdań to trądzik różowaty! Ma ktoś w rodzinie?” – mniej więcej to powiedziała pani doktor. Od tego momentu zaczęły się przeboje. Przerabiałam z tą Panią dużo doustnych antybiotyków:/ Oczywiście z limecyklin: tetralysal, z doksycyklin: unibox i doxycyclinum, z erotrymycyny: davercin (tabl. + żel), do tego zawsze miałam przepisywaną Wit. PP, zincas forte oraz rozex. Wszystko było ok tylko podczas brania i dosłownie tydzień dwa po odstawieniu.
Miałam już dosyć eksperymentów na sobie. Ja chciałam mieć po prostu dobrze wyglądającą skórę twarzy. Ostatecznie męczyłam się dosyć długo. Próbowałam nawet kwasów u kosmetyczki, wiem wiem głupi pomysł.

W 2013 roku w moim mieście powstała prywatne centrum medyczne. Na początku moje podejście było -  no jest, ok – jak będę chora na coś to pójdę. W czerwcu tego roku my mom wyczytała w lokalnej gazecie, że mają również dermatologa i zaczęła mnie namawiać. Oczywiście nie byłam przekonana. No bo jak po tych wszystkich doświadczeniach można ufać dermatologowi… Dlatego napisałam do koleżanki z którą kiedyś mieszkałam, a której mama jest prezesem tegoż oto centrum, o jakieś opinie dotyczące pracującej tu dermatolog. Poleciła.
Pierwszą wizytę miałam 15 lipca. Całą moją historię Pani wysłuchała z zainteresowaniem i skupieniem. Po czym powiedziała, że nie jest to trądzik różowaty. Trądzik u mnie jest już trądzikiem o średnim nasileniu, gdybym czekała jeszcze dłużej bez leczenia byłoby coraz gorzej. Dermatolog poruszyła ze mną temat izotroteniny. Oczywiście wytłumaczyła mi cierpliwie wszystko. Przepisała miejscowo DUAL,kazał wszystko dokładnie przemyśleć oraz poczytać w Internecie opinie itd. Jeśli moja decyzja była by na tak, napisała mi wszelkie potrzebne badania (morfologia, ASPAT, ALAT i lipidogram). Musiałam odwiedzić także ginekologa (zaświadczenie o „nie ciąży” i o tym, że stosuję antykoncepcję). Miałam dużo czasu, żeby wszystko na spokojnie przemyśleć. 
 Badania oczywiście wyszły ok. Chociaż na dietę teraz też muszę zwrócić uwagę. Odrzuciłam wszystko co podnosi cholesterol, ponieważ Izotek sam w sobie go podniesie...
Od wczoraj czyli wtorku 17 września zaczęłam kurację. Zobaczymy co będzie się działo dalej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz