Cześć wszystkim!
Jestem tu nowa. Chciałabym na tym oto blogu opisywać Wam
moją walkę z prześladującym mnie trądzikiem oraz moją nadzieję i przygodę z
Izotekiem. Będzie również trochę o mnie oraz moim aktualnym żywieniu.
Zapraszam tu wszystkich zainteresowanych tematem, a co najważniejsze proszę o wyrozumiałość odnośnie moich wpisów.Nie czepiać się stylu pisania, przecinków itd ;)
A propo Izoteku...
...mam wielkie obawy w związku z stosowaniem
tak silnego leku, ale w tym momencie nie mam już nic do stracenia. Trądzik już
mnie dobija. W tym momencie wysypy są
non toper. Nie ma dnia bez niespodzianki. Najgorsze są te podskórne
ropne, które bez obduszania potrafią siedzieć nawet i miesiąc. Niespodzianki co
jakiś czas pojawiają się na dekoldzie i przy linii włosów. Pory są widoczne,
ale w granicach rozsądku, ponieważ często oczyszczam chociażby nos plasterkami
sama w domuJ
twarz ciągle się błyszczy. W tym momencie najbardziej zaatakowaną mam brodę,
ale i policzki dają w kość ropniakami… Najlepiej sytuacja wygląda z nosem, oj
bardzo rzadko coś mi na nim wyłazi. Chociaż jakiś plus :)
Teraz w skrócie o moim leczeniu na przestrzeni lat…
Moją walkę z trądzikiem zaczęłam już w wieku tzw.
młodzieńczym, dokładniej ok 16 roku życia. Początkowo nie były to duże zmiany
trądzikowe, pojedynczo wyskoczył jakiś pryszcz thats all. W tym czasie
stosowałam zewnętrzne środki przeciwtrądzikowe oczywiście przepisane przez
dermatologa min. benzacne, niestety trochę przesadziłam z maścią i poparzyłam
sobie twarz – na moje szczęście buzia wróciła całkowicie do normy po paru
dniach. Później kolejne maści, kremy, żele, toniki. Pomagały na trochę, ale
później problem wracał.
Z biegiem czasu osiągnąwszy wiek 19 lat i będąc na wizycie z
moim tatą u dermatologa (który swego czasu często chodził), ten stwierdził, że
córeczka wdała się w tatusia i ma trądzik różowaty. Szczerze załamało mnie to,
ale jak wiadomo lekarzom się zazwyczaj ufa, więc przyjęłam to na klatę i
podjęłam się kuracji antybiotykami, początkowo była tetracyklina + rozex. Teraz
z biegiem czasu zastanawiam się czy ów Pan doktor stwierdził ten tr. różowaty
tylko i wyłącznie ze względu na wygląd twarzy mojego taty oraz po moich zaróżowionych
policzkach i kilku pryszczach tu i ówdzie (?). Do tej pory nie rozumiem
podejścia niektórych dermatologów do sprawy związanej z trądzikiem:/ Fakt
faktem tetracyklina pomogła! Pół roczne leczenie dało efekty i kolejne pół roku
miałam spokój. Niestety trądzik znowu powrócił i kolejna półroczna terapia. Po
trzech latach branie tetracykliny już nie pomagało tak jak na początku…
Zmiana dermatologa zaowocowała kolejnym stwierdzeniem, że to
różowaty i przepisaniem następnego antybiotyku, tym razem tetralysal + rozex + Wit. PP + krem z vit.c (marki SVR, ale nie
pamietam już nazwy dokładnej). Po
kuracju tym specyfikiem, którym leczyłam się ok. 2 lat, było leczenie kwasem chyba yellow peel, a
poźniej laserem IPL, oczywiście u tej samej dermatolożki. Tu efekty utrzymały
się zdecydowanie dłużej. Zabieg sporo mnie kosztował (IPL), a pani C. sporo na
mnie zarobiła, ale jak sobie pomyślę to nie żałuję. Naprawdę długi czas był
spokój.;)
Ciąża (miałam 25lat)na nowo pokazała
problem. Wysypana byłam masakrycznie. Makijaż nic nie pomagał. Nie mogłam
stosować żadnych środków doustnych, a kremidła-mazidła same delikatniutkie.
Koszmar. Parę osób, w tym mój mąż, próbowało mnie pocieszać, ale ja i tak
widziałam whats going on.
Po porodzie i karmieniu piersia – co
praktykowałam tylko przez ok. 2miesiące – wybrałam się do kolejnego
dermatologa. Miejscowego. W mieście, gdzie mieszkam obecnie. To był dopiero
hardcore. „Oczywiście bez dwóch zdań to trądzik różowaty! Ma ktoś w rodzinie?”
– mniej więcej to powiedziała pani doktor. Od tego momentu zaczęły się
przeboje. Przerabiałam z tą Panią dużo doustnych antybiotyków:/ Oczywiście z
limecyklin: tetralysal, z doksycyklin: unibox i doxycyclinum, z erotrymycyny:
davercin (tabl. + żel), do tego zawsze miałam przepisywaną Wit. PP, zincas
forte oraz rozex. Wszystko było ok tylko podczas brania i dosłownie tydzień dwa
po odstawieniu.
Miałam już dosyć eksperymentów na
sobie. Ja chciałam mieć po prostu dobrze wyglądającą skórę twarzy. Ostatecznie
męczyłam się dosyć długo. Próbowałam nawet kwasów u kosmetyczki, wiem wiem
głupi pomysł.
W 2013 roku w moim mieście powstała
prywatne centrum medyczne. Na początku moje podejście było - no jest, ok – jak będę chora na coś to pójdę.
W czerwcu tego roku my mom wyczytała w lokalnej gazecie, że mają również
dermatologa i zaczęła mnie namawiać. Oczywiście nie byłam przekonana. No bo jak
po tych wszystkich doświadczeniach można ufać dermatologowi… Dlatego napisałam
do koleżanki z którą kiedyś mieszkałam, a której mama jest prezesem tegoż oto
centrum, o jakieś opinie dotyczące pracującej tu dermatolog. Poleciła.
Pierwszą wizytę miałam 15 lipca. Całą
moją historię Pani wysłuchała z zainteresowaniem i skupieniem. Po czym
powiedziała, że nie jest to trądzik różowaty. Trądzik u mnie jest już
trądzikiem o średnim nasileniu, gdybym czekała jeszcze dłużej bez leczenia byłoby
coraz gorzej. Dermatolog poruszyła ze mną temat izotroteniny. Oczywiście
wytłumaczyła mi cierpliwie wszystko. Przepisała miejscowo DUAL,kazał wszystko dokładnie
przemyśleć oraz poczytać w Internecie opinie itd. Jeśli moja decyzja była by na
tak, napisała mi wszelkie potrzebne badania (morfologia, ASPAT, ALAT i
lipidogram). Musiałam odwiedzić także ginekologa (zaświadczenie o „nie ciąży” i
o tym, że stosuję antykoncepcję). Miałam dużo czasu, żeby wszystko na spokojnie
przemyśleć.
Badania oczywiście wyszły ok. Chociaż na dietę teraz też muszę zwrócić uwagę. Odrzuciłam wszystko co podnosi cholesterol, ponieważ Izotek sam w sobie go podniesie...
Od wczoraj czyli wtorku 17 września zaczęłam kurację. Zobaczymy co będzie się działo dalej.